NAZYWAM SIĘ MIROSŁAW I NIE ZAWAHAM SIĘ TEGO UŻYĆ!

Non omnis moriar

Idę o zakład, że każdy, jak ja, czuje się na tyle wyjątkowy, iż wydaje mu się, jakby Coś, lub — jeszcze lepiej brzmi — że Ktoś, prowadził go za rękę, sprawuje nad nim Opatrzność i nic nie dzieje się przypadkiem. Nie szperałem w psychoanalitycznych poradnikach, by się upewnić, że to normalne — to z własnego życia mówię — ale na bank w Twoim życiu znalazła się osoba, która np. mówiła Ci, że On patrzy i żeby lepiej trzymać ręce na kołderce, nie cudzołożyć i że za bałwochwalstwo grozi okrutna kara do piątego pokolenia w linii męskiej, bo twój bóg jest bogiem mściwym i zazdrosnym — a potem ubierała sukienkę i zbierała na to „co łaska” przy organowej muzyce. Albo, że to więcej niż szczęście, że wyszedłeś cało z tego wypadku, nowotworu, pożaru — chociaż dla kogo szczęście, a dla kogo nie, to się dopiero okaże! Mnie najbardziej z tego podoba się „Świat jest mały”, bo w tym temacie to naprawdę czuję, że mam coś do powiedzenia, i to nie raz i nie dwa razy. A tamtym razem było to tak:

Ostatni dzień lutego 2009 i dziesiąty miesiąc ciąży otwieramy porannym KTG na porodówce szpitala w Tczewie. To pół godziny samochodem od Pruszcza, a i w piętnaście minut się nieraz udawało potem dojeżdżać — ale tamtym razem jechałem ze 45 minut. Osiedle, na którym mieszkaliśmy, było ciągle w rozbudowie i najkrótsza dojazdowa do Giełdy, ulica Kasprowicza, była zrobiona do połowy: asfalt do ronda, a za rondem płyty drogowe nierówne, rozjeżdżone sprzętem budowlanym, dziury, doły — koszmar kierowcy! Więc pojechałem przez centrum miasta, okrężną drogą, i poranne korki przed wybudowaniem drugiego wiaduktu nad torami i Radunią sprawiły, że zamuliłem. Ale po szkołach rodzenia, poczytaniu fachowych poradników i posłuchaniu Mądrych Rad wszystkich Matek dookoła byłem spokojny. Kobieta wie, kiedy to zwykłe skurcze przepowiadające, kiedy dzieciak kopie, kiedy naciska na pęcherz, a kiedy to już. Więc liczę na to, że usłyszę „światła, kamera, akcja!” i lecimy, chociaż trzeci trymestr ciąży już za nami, baba jak zepsuta, korki, tirówki i czerwona fala na DK1 — to ja jestem, kurwa, spokojny!

Dojechaliśmy do szpitala: rejestracja, przygotowanie, „mąż wchodzi ze mną”, i obserwuję Święty Brzuch owijany ciasno parcianym paskiem, na którym znajduje się kostka czujnika i kable aparatury pomiarowej podłączone do głośnika.

„Aż tak mocno trzeba ściągać tym paskiem?” — myślę sobie, widząc położną zaciskającą chaotycznie pas na wysokości pępka Matki Natury. Niepokojący widok, a tu młoda położna zaciąga sprzączkę coraz bardziej i bardziej, aż słyszę jęk Ciężarnej, a maltretowany Brzuch zaczyna sinieć! Lecz nim zdążyłem zareagować, położna zbladła jak śmierć, wybiegła z gabinetu na korytarz i krzyczy:

„Krysia, Krysia, chodź tu szybko, serce nie bije!”

Na te słowa to nie dość, że do kozetki zbiegły się dwie nowe pielęgniarki, to jeszcze wpadła do nas sama Krystyna. Ta to biało–czarno–biały czepek w KTG miała chyba, gdyż nim moje serce zaczęło znowu bić, wcisnęła siłą zamontowaną na pasku kostkę w Brzuch tak, że może rozwarcie mojej gęby z szoku nie dorównywało Temu Rozwarciu, ale za to z głośnika dobiegła mnie — z głośnością minimum 90 decybeli — najlepsza muzyka relaksacyjna, jaką mogłem usłyszeć w tamtej chwili. PUK! PUK! PUK! PUK! BIJE! Patrzyłem na zgromadzone konsylium spode łba, podczas gdy te białe wiedźmy szybko między sobą ustaliły, że to jeszcze nie teraz, że proszę spokojnie wracać do domu, już niedługo, ale jeszcze parę dni, ta torba to wasza? Proszę nie zapomnieć jej zabrać ze sobą też następnym razem, do widzenia.

No to nie ma siły — wracamy do domu, a po drodze przypomniał się nam Leroy Merlin, jakaś listewka od komody z przewijakiem do pokoju Janka do odebrania, bo że będzie chłopak i że, jak na razie, wszystko w porządku z nim i z Mamą, to od dawna wiadomo i codziennie potwierdzano. Nawet nagranie USG z renderem twarzy dostaliśmy od Lekarza Prowadzącego, żeby popatrzeć i stwierdzić, iż wcale nie wygląda jak wykapany Tatuś, tylko jak z jego pełnego wytrysku! Już nie mogę się doczekać Pępkowego, gratulacji z powodu tego, że pierwszy raz w życiu zrobiłem coś, co ma ręce i nogi. Drzewo zasadziłeś, dom się jeszcze wybuduje, ale Syna spłodzić — to nie każdemu się udało, a tu proszę, za pierwszym strzałem dycha…

Zostawiam Brzemienną w chacie i, obiecując, że szybko wrócę, śmigam przez Rotmankę na Straszyn do Obwodnicy. Korki zelżały, już jedenasta trzydzieści, przeleciałem na Kokoszki — chwila moment — i właśnie wchodziłem do marketu, kiedy zadzwoniła komórka.

„Już! Przyjeżdżaj, jedziemy, WODY ODESZŁY!”

Następne, co pamiętam, to jak wciskam gaz do dechy, jadąc już z Nią i Jej Torbą Do Szpitala po tych płytach na Kasprowicza. Bym chyba stówę wyciągnął tam, gdyby nie głos jak z Dna Morii, drący się na mnie: „WOLNIEJ! WOLNIEJ! UUU!! AAAA!” — normalnie jak jakaś popieprzona antyteza seksu małżeńskiego, soundtrack z pornola a rebours! Wtedy to Ci było fajnie, tak? Ale nic nie mówię, jak zawsze ZDECYDOWANĄ WIĘKSZOŚĆ swoich przemyśleń zachowałem dla siebie — to najlepsza strategia przetrwania. Progi zwalniające na asfalcie objechałem, ale tu, na płytach z budowy, trzeba powoli. Dopiero od Gałczyńskiego smuga: Roszkowo, Grabiny-Zameczek, Krzywe Koło, Suchy Dąb, Koźliny — wszystko minęliśmy na pełnej, chociaż droga przedostatniej kolejności odśnieżania (ostatniej są na Mazurach)!

W szpitalu już popołudniowa zmiana, procedura przyjęcia trwała długo, pomimo skurczów co cztery minuty, ale dobra — przynajmniej sala pojedyncza, wygląda jak z serialu, kto by pomyślał, że to Tczew, a nie Leśna Góra, haha! Wiadomo — Pan płaci, Pan wymaga! Dobrze, że mają aparat do przesiewowego badania słuchu u noworodków z WOŚP, na Polskę jako Obywatel zawsze można było liczyć.

Więc na tej sali najpierw robię masaże, by Kobiecie ulżyć, prowadzę pod gorący prysznic w tę i z powrotem, oddychamy jak należy, ale sprawa się przeciąga. Mnie się chciało palić tak, że szkoda opowiadać — tak samo jak szkoda opowiadać, jak się z papierosami ukrywałem wtedy i potem, przy spalaniu 28 fajek w robocie do szesnastej, a pozostałej części drugiej paczki w pozostałej części dnia — w ukryciu. Życie w zakłamaniu wciąga, mówię Wam. Więc gdy się zaczęło ściemniać, mówię Jej, że muszę wyjść na chwilę na dwór, i pomimo iż spotkałem się z pełnym zrozumieniem, zamiast jak wszyscy spalić peta przy szpitalnej popielniczce, ja idę się skitrać — na pobliski cmentarz. I tak, tam siam, wszystko zajęło z 10–15 minut.

Wracam do szpitala, pukam do drzwi porodówki, dzwonię dzwonkiem, ale przez dłuższą chwilę nic się nie dzieje. „Kołatkę bym wam zamontował poza NFZ, jeśli nie słyszycie”, tak sobie myślę sympatycznie, gdy nagle drzwi otwierają się z impetem i staje w nich Ewa. Wierzbowska Ewa z Marksewa! Nie wierzę własnym oczom, za to widzę, że ona mnie nie poznaje. Kopę lat, jaki ten świat jest mały! Ewa była najstarszą siostrą mojej młodzieńczej Pierwszej Miłości z czasów liceum, Bożeny. Szybko wyfrunęła z gniazda rodzinnego i dlatego — zapewne nie tylko z powodu dużej różnicy wieku między mną a nią — poznałem ją dopiero potem, podczas naszej pierwszej wspólnej z Bozią wycieczki na stopa z Mazur do Gdańska. Nocowaliśmy u jej siostry, Ewki właśnie, razem na Świętym Wojciechu w 1995, a było to, proszę Szanownych Państwa, Lato Miłości! Ale nie taki jest temat dzisiejszego spotkania Anno Domini 2009, ani też to, co było z Bożeną dalej — zdążyłem zapomnieć już o tym wszystkim ze szczegółami — a Ewa w fartuchu szeregowej pielęgniarki, z właściwym im wszystkim wdziękiem, rzuca do mnie:

„Wchodzi Pan czy nie? Proszę się zdecydować, bo jak nie, to zaraz zamykamy Oddział i zaczynamy — bez Pana!”

Pewnie, że wchodzę. Pielęgniarka rutynowo pyta mnie o nazwisko, odpowiadam z uśmieszkiem i widzę, że dotarło. Kto jak kto, ale ona zna to nazwisko na pewno. Wszyscy je w Marksewie znają aż nadto dobrze. Wystarczy, gdy sobie przypomnę historię zasłyszaną od matki Ewy, jak to w młodości flirtowała z moim starym, oraz ciekawe opinie mojej matki o matce mojej pierwszej prawdziwej miłości, żebym wiedział, że ona wie, z kim rozmawia. Już kojarzy, wszystko pamięta, nawet to, jak mam na imię. Ale nic na ten temat, żadnych wspominek — za to pełna profeska. Odprowadza mnie do naszej sali i mówi:

„Ja kończę zaraz dyżur, ale nie martw się Mirek, wszystko pójdzie dobrze. Żona ma doskonałe warunki do rodzenia, trzymam kciuki!”

Ha, dobre i to. Dla mnie i tak to było jak dotknięcie Bożym palcem głowy Wybrańca — wtedy naprawdę uwierzyłem. Jej uwierzyłem, żeby nie było…

Cztery godziny później, prawie przed północą, zobaczyłem kolejny cud. Pierwsze mycie, Młoda Matka sobie odpoczywała, albo może szew „dla Męża” jej tam dziergali, podczas gdy ja, cały w strachu, patrzyłem jak położna obchodzi się z Głównym Bohaterem tego opowiadania (i wielu, wielu kolejnych!), bezceremonialnie obmywając błony, krew, resztki kału i moczu z mojego noworodka. Drżałem z każdą sekundą, z obawą, że wyślizgnie się jej z mokrych dłoni, albo że rączka Mu się oderwie czy coś — ale nie. Pani nasmarowała toto oliwką, zawinęła ciasno w becik, położyła pod żarówką–kwoką, taką, którą z wioski pamiętam, że Babcia wsadzała co roku u nas w kuchni kurczaczki w kartonie do wygrzania pod taką samą.

A potem Pani Położna powiedziała do mnie następujące słowa — nigdy ich nie zapomnę:

„Proszę się przywitać z synkiem. Śliczny, co? APGAR 10/10, słuch w porządku, gratuluję! I co Pan teraz myśli?”

Zostaw odpowiedź

Odkryj więcej z Świat Osłów

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej