„Tata, puk-puk?!” – pyta Młody przystawiajac wielki gwóźdź do żerdzi, leżącej pod stosem desek za szałerkiem – „puk-puk?”
„Nie, Synuś, młotek jest ciężki, to nie jest zabawka, przytłuczesz sobie paluszki, dzieci nie…” Już od razu zaczynam żałować, że tabletu mu do ręki nie dałem albo jakiejś tablety nawet, a takie to było proste….
„AAAAAA!!! AAAAA!! PUUKPUUUK! MOTEK, MOTEK, AAAAA!” – Najlepszy Towarzysz Zabaw rzuca się na mnie, drąc się na 90 dB minimum, z tym zardzewiałym gwoździem w rączce, machając nim na oślep jak małpa z brzytwą, nie przymierzając, i całą swoją dwu‑i‑pół‑roczną mocą wbija mi go w brzuch! Całe szczęście, że nie w oko, bo zdążyłem się odruchowo uchylić!
Ta cała Jego moc i tępy koniec metalowego szpikulca to za mało, żeby się przebić przez bluzę, którą mam na sobie, ale zabolało! Mimo to chwytam za malutką dłoń wymachującą szpikulcem przed własnym nosem i wykręcam delikatnie, aż puści, bo sam z siebie nie puści — to już wiem. Chociaż to też nie takie proste, gdyż Maluch zacisnął piąstkę tak mocno, że jest cała biała, bo krew odpłynęła, a drugą ręką wali mnie na oślep po twarzy, wrzeszcząc:
„PUK PUK, MOTEK! JA PUK, JAAAAA!”
Normalnie, kurwa, masakra. Szramę na policzku pod okiem po zadrapaniu paznokietkiem mam do dziś, ale przynajmniej oko całe. Wyrwałbym mu ten gwóźdź po prostu całą siłą i przylał gówniarzowi, bo albo mnie, albo siebie w końcu uszkodzi, i w obu scenariuszach to ja mam przejebane — a to nie koniec, tylko początek afery i wychowywania tej bestii z metra ciętej. W Matkę się chyba jednak wdał!
Pieluchy, karmienie, ząbkowanie, walenie głową we wszystkie kanty z okolicy przy nauce chodzenia i awantury w piaskownicy w charakterze winnego też przetrwałem zaskakująco dobrze. Sam go robić na nocnik nauczyłem i piosenki niecenzuralne śpiewać, gdy Matka nie słyszy, a teraz takie coś? A co będzie dalej? I na co mi to wszystko?!
I tu spoglądam kątem oka na znajdujące się obok, wkopane w ziemię betonowe kręgi przykryte pokrywami — tam, gdzie kiedyś, gdy ja byłem w Jego wieku, zbierało się szambo — i momentalnie się uspokajam. Pokrywy betonowe, koła o promieniu półtora metra, bez włazu, szczelnie zasunięte, nieraz odsuwałem łomem, gdy przyjeżdżała szambiarka, a Ojciec był w robocie.
To takie proste się wydaje: łom i tak bierzesz do ręki, po uchyleniu pokrywy zostaje w dłoni, starczy potem tylko wziąć jeden silny zamach, uderzyć z całej siły, pozgarniać na łopatę, co zostało, wrzucić do szamba, zasunąć pokrywę, ślady krwi, kości i innych tkanek zasypać piachem i zatrzeć — i już, cisza! Co z tego, że grobowa, ważne, że to koniec tego szaleństwa…
Tak sobie myślę, wyrywając w końcu ten gwóźdź Młodemu z rączki, bez uszkodzeń u Niego, a moja krew spływa mi w tym czasie po policzku do kącika ust.
Oblizałem słoną posokę, a własna krew smakuje nienajgorzej, jak obietnica rauszu po napiciu się krwi z czaszek wrogów. Spojrzałem jeszcze raz na zasunięte na stałe, zasypane gruzem od minimum piętnastu lat szambo, potem na Młodego — i już wiedziałem, co będzie dalej.
Przypomniał mi się mianowicie podobny dramat w którym brałem czynny udział, w niemalże tej samej scenerii, ale ze 30 lat wcześniej. 1984? 85? Z wielu rozmazanych wspomnień to akurat dobrze pamiętam, ze wszystkimi szczegółami, bo dotyczy Dziadka.
Brzmi to dla mnie pretensjonalnie, ale takie są fakty — z Dziadkiem Zygmuntem byłem bardzo blisko. I do końca. Nawet jak umarł w sąsiednim pokoju rano po moim przebudzeniu, to byłem tam pierwszy po Babce, na bosaka. Jeszcze widziałem, jak ściska jej dłoń, mówi „Hela” z głębokim wydechem i oczy mu mętnieją.
Hela westchnęła równie głęboko, zwiesiła głowę, przejechała tą dłonią, zamykając w końcu do czegoś potrzebne powieki.
Jeszcze przez parę dni w otwartej trumnie ciało leżało w Ostatnim Pokoju, a goście wchodzili w odwiedziny przez ganek, i nawet jego zdjęcie z białym nalotem na języku, widocznym dobrze, mam w albumie wywołane.
Od tamtej pory nie pcham się na pogrzeby, wolę Was zapamiętać żywych, nawet jeśli nie najlepsze to wspomnienia.
Gdy umierasz, to nie wiesz o tym, nie ma cię, nie żyjesz i może tylko ludziom wokół jest przykro. Dokładnie tak samo jak gdy jesteś debilem — ale to już temat na inne opowiadanie.
Im bardziej poznaję to, co naprawdę sprawia mi przyjemność, tym bardziej myślę o Dziadku. Też bym z lasu i znad wody, z przyrody, nie wychodził.
Kazachy mówią, że człowiek może bez końca patrzeć, jak płonie ogień, jak błyszczy w słońcu woda i jak inni pracują — Dziadek się od żadnej roboty na gospodarce nie wymigiwał, z tego co pamiętam, to pewnie ten wyjątek potwierdzający poprzednie dwie reguły, tj. ogień i wodę. I jeszcze las.
Dziadek grał na akordeonie, wyjmowanym z wyścielonego suknem w kolorze tapetu ze stołu bilardowego, a ja siedziałem na podłodze i słuchałem.
Dziadek wyciągał mnie małego ze stawu, po tym jak złamała się pode mną spróchniała deseczka i wpadłem do wody — a potem prał po tyłku paskiem, pewnie z tego samego powodu, co dorosły ja chciał teraz zrobić temu tu gałganowi — na myśl o tym, jak bardzo by miał przejebane, gdyby dopuścił do tego, że coś mi się stało, gdy byłem pod Jego opieką, razem na rybach.
Bo Dziadek Zygmunt chodził na ryby, na grzyby, rogi jelenie zbierał po rykowisku za górką, jak ja w 2022; rowery ze złomu naprawiał i wszyscy nimi jeździliśmy; kury, kaczki, gęsi, świnie hodował, futrował, a potem patroszył i wędził w wkopanej w ziemię, niedaleko od tego szamba, metalowej beczce; odpalał jednego „Popularnego” od drugiego i palił toto bez filtra w lufce do siedemdziesiątego roku życia, aż rzucił dziesięć lat przed naturalną i — w sumie, jak mi się dziś wydaje — bezbolesną śmiercią.
Raz to pamiętam, że takiego lina dużego przyniósł na Petrze złapanego, że się na stole w kuchni nie mieścił. Albo że ledwo go jakiś znajomy „rybak” wyciągnął w stanie lekkiej hipotermii z Linksu, bo wszedł wiosną łowić od brzegu ryby w gumiakach po uda i stał tak do pasa w wodzie za długo, gdyż brały.
Długo by można opowiadać.
Niestety, gdy już podrosłem ale Dziadka dawno nie było, żeby z nim pogadać na serio i zacząłem podpytywać Babcię Helę, jak to było, gdy się poznali i w ogóle, w uzupełnieniu do rodzinnych opowieści, które były wyjątkowo skąpe, to niewiele się dowiedziałem.
Babka wspominała, że Dziadek był spokojny, nie pił, po knajpach się nie szlajał; że mu kiedyś w odlewni w Chełmży, gdzie pracował, ktoś ponoć dla żartu wlał roztopiony gorący ołów do buta, przez co długo nie mógł chodzić; jak Dziadka ugryzł kiedyś w rękę jego ulubiony wilczur, co się dla psa skończyło śmiercią w przerębli z kamieniem przywiązanym do szyi — takie tam.
W końcu przestała się ze mną dzielić wspomnieniami, tak z dziesięć lat po Jego śmierci, gdy jej uświadomiłem, że jeśli ona miała lat 17, gdy się poznali, a on 27, to raczej już się zdążył wcześniej wyszaleć — powiedziała wtedy do mnie: „Jo, prawda!” i już nic więcej opowiadać nie chciała.
Jeśli chodzi o czasy przed- i powojenne, na pewno Dziadek nie pękał, ale nie opowiadał nic, co bym zapamiętał. W sześćdziesiątych latach był już dojrzałym mężczyzną z ponad połową życia za sobą i już niektórymi dziećmi dorosłymi, gdy przyjechał z rodziną i dobytkiem spod Chełmży na Mazury w poszukiwaniu lepszego życia, czy jak to się tam wtedy odbyło.
Generalnie o czasach wojennych nikt nic nie gadał wtedy, niektórzy dziadkowie moich kumpli trzymali AK‑owskie odznaczenia ukryte głęboko, a Ukraińcy, przesiedlani w te okolice w ramach Akcji „Wisła”, zdążyli się spolszczyć nie do rozpoznania za małolata. A potem to za późno było już, by dopytywać.
Za to ostały się opowieści, jak to z dorosłymi synami Dziadek dorabiał sobie, grając na weselech, i nawet na skrzypcach Pannom Młodym ponoć przygrywał, mimo że ja miałem szczęście poznać tylko Jego akordeonowy repertuar.
Jak z leszczynowej tyki zrobić wędkę, z gęsiego pióra spławik, jak dobrze zawiązać żyłkę na haczyku i co zrobić, gdy nie bierze ryba zimą z przerębli; jak nadmuchać świński pęcherz w trakcie rozbiórki tuszy prosiaka, wsypać parę ziarenek grochu i dać dzieciakom jako piłkę grzechoczącą po wyschnięciu ścianek pęcherza, bo wyglądał jak mała piłka plażowa — to wszystko są dla mnie żywe obrazy, z Dziadkiem związane.
Dziadek w gipsie do pasa po złamaniu kości uda wskutek nieszczęśliwego upadku, i ja, lat 12, podający mu kaczki i baseny przez długie tygodnie; On, nie dający się ruszyć z łóżka nikomu innemu, póki nie wrócę ze szkoły i nie zaniosę starego, żylastego człowieka, uwieszonego na mnie całym ciężarem, jakby tonął, do toalety i z powrotem.
Ja czytający Wilka morskiego Jacka Londona, moją nagrodę za wzorowe wyniki nauki w klasie czwartej szkoły podstawowej, i moje wtedy skojarzenia z Dziadkiem w ostatnich scenach powieści o Wolfie Larsenie; wreszcie małe kotki w koszyczku. Cztery kociaki, ślepe i prawie bez futra — nie że całkiem gołe — skulone razem i piszczące.
Tu się moja pamięć o Dziadku zaczyna. Tu, przy tych kręgach, ale nie kamiennych, tylko żelbetowych, wkopanych w ziemię i z zawczasu odsuniętą nieco pokrywą.
Wtedy to mogłem mieć z 5 lat, na pewno jeszcze nie chodziłem do szkoły. W takim razie musiał to być rok 1984. Na bank. Nawet trochę pasuje ten rocznik, skoro do buta dociskającego do ziemi ludzką twarz Orwellowi pasował.
Pamiętam, że leżał śnieg, mogło być chwilę przed Świętami Bożego Narodzenia albo późny listopad, bo beczka do wędzenia pachniała lekko świeżą spalenizną, a krótki wykopany szpadlem kanał, służący do doprowadzania dymu z paleniska do tak zaimprowizowanej wędzarni przydomowej, przykryty był zardzewiałym kawałkiem jakiejś blachy.
Siedziałem sobie z nogami na mocno rozgrzanym kaloryferze przy oknie, gdy do kuchni wparował żwawo Dziadek i nim Babcia, stojąca przy garach, zaczęła go ochrzaniać za to, że nadeptał, kazał mi się ubierać, jeśli chcę zobaczyć małe kotki!
Szybko więc mnie ubrali, Dziadek wziął mnie za rękę i poszliśmy do szopki, gdzie w wyścielonej świeżą słomą klatce, w której normalnie trzymaliśmy króle, okociła się przybłąkana kotka. Wlazła tam jak ta Maria w Betlejem w ostatniej chwili do żłóbka, gdy klatka była otwarta, i rano Dziadek zatrzasnął ją w środku z małymi. I słyszałem, że ta kotka miauczy coś.
„Czemu ona tak miauczy, Dziadek?” — zapytałem.
„A, bo okociła pięć małych, to za dużo, cztery mam tu, w łubiance” — tu pokazał mi koszyk od truskawek, taki z łuszczki sosnowej, sosen ci wszak na Mazurach pełno! — „zara zrobim z nimi rychtyk porzundek!”
Mówiąc to, zaprowadził mnie w pobliże wędzarni, tam do tej zardzewiałej blachy, wyjął jednego kociaka z koszyka delikatnie, podał mi do ręki i mówi: „Patrz!”, po czym, jeden za drugim, wyciągał te kociaki i z całą siłą cisnął każdym z nich w tę blachę, aż klasnęło.
„Raz, dwa, trzy!” — i rzeczywiście, mamy trzy krwawe kluski na oszronionej, zamarzniętej glebie.
„Tera ten ostatni, daj!” — powiedział, biorąc ode mnie ledwo meszkiem pokryte ślepe kocię i robiąc z nim to, co z poprzednimi.
Kotka w szopie przestała miauczeć jak nożem uciął, chociaż nic nie widziała z tej klatki na pewno.
Potem Dziadek dał mi przygotowaną już przy wędzarni łopatę, nagarnął truchełka na sztych łopaty nogą ubraną w gumofilc, po czym kazał mi wrzucić to do odsłoniętego trochę szamba i łomem zasunął pokrywę.
„Dziadek, a czemu tak zrobilim?” — zawsze byłem dociekliwy, lubię po prostu zadawać pytania, bo jestem ciekaw odpowiedzi, bez pochopnego oceniania.
„Żeby ich nie było na świecie za wiele. Z ludźmi tyż tak trzeba.” — odparł mi wtedy Dziadek Zygmunt.

Dodaj komentarz