Nazywam się Mirosław i nie zawaham sie tego użyć…

Czernobyl

Podobno, w przeciwieństwie do wszystkich, byłem chorowitym dzieckiem. A to Ojciec mnie w Zimę Stulecia przez zaspy przy minus dwadzieścia do karetki, do asfaltu, 300 metrów niósł, bo przestałem w beciku oddychać i poszła piana z ust; a to Matka zmuszona była kłaść mokre ręczniki na grzejniki, rozkręcone na całą pizdę zimą, żebym nie kaszlał. Jak nie bańki, to zastrzyki, szpitale, antybiotyki, pielęgniarki i inne chore dzieci, ortopedzi, pulmonologia, książki bez happy endu, sanatoria dla młodzieży w końcu. Tak, tak, SANATORIA! Torby pełne gęsiny wożone PKS‑em ze wsi do Miasta, wręczane w przedpokoju panu doktorowi, co prywatnie w mieszkaniu przyjmował, czyniły w Polsce w 1986 roku cuda lepsze niż stary polski złoty — nie mylić z PLN. Tym cudem dostałem w wieku siedmiu lat pierwsze skierowanie do sanatorium w Górach Izerskich! O tym szerzej dowiesz się z opowiadania o Pierwszej Komunii Świętej, co się tam w tym sanatorium wyrabiało, ale teraz przypomniała mi się droga powrotna pociągiem relacji Wrocław–Olsztyn, z Ojcem.

Ojciec odebrał mnie wytęsknionego po trzech miesiącach pobytu bez rodziców w Czerniawie‑Zdroju, sanatorium Dom Zdrojowy, zbudowane na ujęciu wody mineralnej, połączonym z pijalnią tej wody, ogrodem, komorą do inhalacji w piwnicy. Ta komora to nieraz mi się śniła potem — wchodziło się do wyłożonego płytkami zupełnie pomieszczenia razem z innymi dzieciakami z grupy, po rozebraniu w szatni. Po wejściu aerozol solanki z sykiem napełniał komorę mgłą, że oko wykol! Słony smak w ustach i zabawa w ciuciubabkę z otwartymi oczami to była super zabawa dla chłopaków, ale ja byłem już po przeczytaniu Boso, ale w ostrogach Grzesiuka — nie wiem jak i kiedy — i na początku w szatni już czułem, że coś się kroi!

Tak że tak, odwiedziłem to miejsce ze 30 lat później i jest ruina, syf i gruz w tym miejscu, z najlepszym widokiem na Wielką Kopę na świecie. Ale wtedy turnus kończył się 24 kwietnia 1984, nazajutrz po Lanym Poniedziałku. Chociaż Panie Opiekunki się starały jak mogły, to wszyscy w jedenastu w pokoju płakaliśmy za domem, gdy już jeden zaczął — i one z nami.

Więc byłem gotowy zupełnie, gdy mnie zawołali, że Ojciec przyjechał, i w ogóle to już nie pamiętam — w końcu to aż czterdzieści lat minęło. Pamiętam tylko, że nauczyłem się nowego słowa: prowiant! Pani zapytała, dokąd jedziemy, Stary na to, że na Mazury, po czym wręczono nam pakunek: serki topione, jakiś napój, na pewno gazowany, albo dwie kole 0,3 l bez koki, bułki ze dwie i jabłko. W końcu to aż 12 godzin w pociągach PKP i nie ma i.t.d.!

Następna migawka to dworzec Wrocław Główny. Czekamy na peronie, pod tym samym dachem, co go zawsze obowiązkowo znów jedziemy obejrzeć, gdy jesteśmy we Wrocławiu. Na peronie tłok, jedyny pociąg relacji Wrocław–Olsztyn wjeżdża już zapchany, a ludzie pchają się drzwiami i oknami, dosłownie! Chociaż mój wzrok sięgał wtedy bardzo wysoko w górę — sam jestem żywy, ale mały, z metra cięty — gdy się rozejrzę, w ogóle widzę same dupy wszelkiej maści, typu i rozmiaru. Same się tylko, drogie dzieciaczki, rozejrzyjcie. Zastanawiam się obecnie, czy bycie dzieckiem w babskim świecie to nie jest zły wariant życia na emeryturze — od tamtej pory się nad tym zastanawiam. Jeśli chodzi o okna wagonu, pamiętam taką scenę, że się ludzie pchali tak bardzo, że komuś połamali nogi i potem podawali go przez okno balkonu ludziom stojącym na peronie, a ten wył z bólu. I tamten też. Jakoś udało się jednak („z dzieckiem! z dzieckiem!”) znaleźć nasz przedział i usiąść.

Nie wiem, jak by wspominali tę nocną przejażdżkę z Mirusiem lat siedem pozostali pasażerowie, ale ja byłem nakręcony: śpiewałem i tańczyłem, Tatusia wypytywałem o wszystko, jadłem każdy słodycz, którym częstował mnie cały przedział, popijałem te serki topione colą, śpiewałem, tańczyłem… Już przed samym Olsztynem Głównym zwymiotowałem to wszystko im na nogi, rozpłakałem się i puściłem kleksa. Serio. Do domu dojechaliśmy z Tatusiem nie wiem już jak, ale w zasadzie wszedłem tam tylko po jakieś papiery — nawet z Babcią, Dziadkiem, Mamusią i Bratem się nie przywitałem, tylko zaraz do Szczytna, do szpitala, na oddział zakaźny. Z objawami zatrucia pokarmowego mnie przyjęli.

Taki chory jak pozostałe dzieci na oddziale nie byłem, wierzcie mi — napatrzyłem się na kaleki i deformacje ciałek za młodu — mi tylko kisiel dali, ale jest super. Szybko zasnąłem w nowym szpitalnym łóżku, pierwsza noc, i żałuję, że nie pamiętam, co mi się wtedy śniło. Inne sny bym wolał zapomnieć, a nie mogę, a tu — pustka. W ogóle nie pamiętam za bardzo tego szpitala, bo byłem tam częstym gościem przedtem i jeszcze potem. Pamiętam, bo mnie to wtedy interesowało, że lekarka Ojcu mówiła o zakażeniu bakterią, pewnie z tych zleżałych serków topionych. „Napoje gazowane, proszę Pana, to niezbyt dobra popitka do osiemnastego roku życia…”

W każdym razie — wypis w poniedziałek, 30 kwietnia 1986. Tu to tylko smak płynu Lugola na szpitalne śniadanie mi zapadł w pamięć.

zdjęcie Domu Zdrojowego: Marek Mróz – Praca własna, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=115152589

Dodaj komentarz