Nazywam się Mirosław i nie zawaham sie tego użyć…

Sasulki

7:30 rano, poniedziałek 22 stycznia 2024 roku, Ałmaty – najbardziej ludne miasto Kazachstanu.

Wychodzimy z Rustemem i Rinatem Kanatowiczem z hotelu, ładujemy bagaże do auta kolegi i wyruszamy do miasta Taraz, na jeden dzień do Ważnego Klienta i z powrotem. Za cztery dni mam samolot powrotny do Polski, ale do piątku wieczora grafik wypełniony, na chleb do kawioru jakoś zarabiać trzeba, prawda?

Kontynentalna zima to mrozy poniżej trzydziestu stopni i choć Ałmaty leżą na tej samej szerokości geograficznej co Czechy i Słowacja, także częściowo położone u stóp dużego pasma górskiego, to na tym podobieństwa się kończą. W przeciwieństwie do Karpat Zachodnich i samiuśkich Tater, pasmo Tienszan, położone na styku terytoriów Kazachstanu z Chinami, Kirgizją i Uzbekistanem, leży na obszarze aktywnym sejsmicznie. Te góry są młode, na styku płyt tektonicznych wciąż wypiętrzają się. Stąd bogactwo termalnych źródeł oraz biologicznego życia – tak jak normalnie step, góry, pustynie, płaskowyże, wąwozy i nawet pola uprawne w Centralnej Azji mają raczej popielato‑szaro‑pomarańczowo‑żółte barwy (nie licząc oczywiście kolorowych cudów natury, w Kazachstanie na każdym kroku do zobaczenia!), tak Ałmaty i zbocza Tienszanu, do wysokości 2500 m n.p.m., hipnotyzują obserwatorów każdym możliwym odcieniem zieleni. Wiosną i latem. „Ałma-Ata” znaczy „Dziadek Jabłoni”, bo w niższych partiach, w Górach Ałmatyńskich, Tienszan po tej stronie porastają od zawsze dzikie jabłonie, a smak ich owoców wcale nie przypomina tych psiar z Seksmisji, no a potem, wyżej, już tylko krzaki i świerki…

Zimą jest masakra, jeśli chodzi o jakość powietrza, a reszta to szarobura postsowiecka betonoza level hard i chałupy kryte eternitem na Dolnych Ałmatach oraz szklane biurowce z dwudziestoparopiętrowymi, nowymi blokami mieszkalnymi, ciasno otaczające niższe od nich kominy elektrociepłowni na mazut – czytaj: dym wali prosto w okna. To osobna historia, dlaczego jest aż tak źle: miasto ograniczone górami nie ma się gdzie rozrastać, więc pobudowano dzielnice wokół zakładów przemysłowych i elektrociepłowni, które kiedyś znajdowały się na uboczu sowieckiego miasta. Szklane domy i kwartały nowoczesnych bloków à la Kijów zablokowały naturalny, rześki ciąg schłodzonego powietrza, spływający przez wieki po zboczach w dół, więc cała aglomeracja tonie w smogu, najgęstszym chyba, w jakim przyszło mi pracować zimą. Zatem, jakby kto planował wypad na narty, do naprawdę wysokiej klasy ośrodków narciarskich, to lepiej szukać lokum w Górnych Ałmatach, dzielnicy Medeu. My z wyżej wymienionymi kolegami tak właśnie spędziliśmy poprzedni weekend – pojechaliśmy kolejką linową na Szymbułak Ski Resort, z takimi widokami po drodze, że prawie się czułem jak w 2008 w Zhangjiajie w Chinach, tych górach znanych z „Avatara” jakby kto pytał. W Chinach było świeżo po trzęsieniu ziemi, gdy przyjechałem do Chengdu. Tu jeszcze trzęsienia nic nie zapowiada, jest poniedziałek rano, wyjeżdżamy z porannych korków prawie czteromilionowej aglomeracji i kierujemy się na Biszkek.

Następne pięć godzin jazdy to sentymentalna podróż w lata osiemdziesiąte, dziewięćdziesiąte i wczesne dwutysięczne na polskich drogach. Siedzimy i gadamy o wszystkim i o niczym, śmichy‑hihy, kobiety, dzieci, robota, znowu kobiety i pozostałe tematy z FAQ, bo droga wygląda jak nie przymierzając DK6 od Wejherowa do Szczecina trzydzieści lat temu. Nie będę się nad tym bardziej rozwodzić – kto choć raz w życiu zimą jechał tamtędy np. w 1992, ten wie, o co chodzi. Nie robi wrażenia, o!

„Rinat, a dlaczego w Kazachstanie nikt nie zajmuje się ściąganiem sopli z budynków w mieście?” – pytam kolegę, Kazacha. Zauwazyłem to juz kiedyś, przypomniało mi sie by zapytać u źródła.

„Same pospadają, jak przyjdzie pora!” – śmieje się Rinat.

„Jak to, a gdyby tak spadło takie coś ostrym czubem na was albo na jedno z waszych dzieci? Odszkodowanie kto płaci?” – dopytuję.

Z Rinatem Kanatowiczem, chociaż pracujemy razem z sześć lat i tyle czasu razem spędziliśmy w różnych okolicznościach, nie sposób przejść na ty – parę razy po pijaku się udało, ale potem znowu szacunek Kazacha do bliźniego swego daje o sobie znać i trzeba każdego wieczora zaczynać bruderszaftem od nowa! Nieraz sobie myślałem, że oni wszyscy tak specjalnie, przez te moje polskie „Ze mną się nie napijesz!?” tylko na to czekają, taki to naród jest.

„W przeciwieństwie do klimatu umiarkowanego, gdzie sople powstają na przemian (topnienie–zamarzanie), w Kazachstanie przez całą zimę temperatura pozostaje znacznie poniżej zera. Sople nie topnieją, a usuwanie ich jest technicznie trudne i niebezpieczne ze względu na ich twardość i wielkość” – tłumaczy mi Rinat, syn Kanata. „Poza tym są potrzebne, tradycyjnie zimą pełnią funkcję czułych sejsmografów. Zanim jeszcze sowiecka nauka oczujnikowała okolicę, hałas spadających sopli był dla Ałmatyńców sygnałem do ewakuacji. W 1911 roku, wówczas Fort Wiernyj, legł w gruzach niemal całkowicie, 20 000 osób zostało bez dachu nad głową, ale zabitych w samym mieście było bardzo mało – zwiali w porę, a większość ofiar stanowili mieszkańcy auli dookoła miasta, zasypanych przez osuwiska.”

W tym Kazachstanie to nic nie jest jak u nas, słucham i nie wiem, ściemnia czy nie? Azjatycka twarz syna Ałasz dla mnie wygląda jakby cały czas, od sześciu lat, żarty sobie stroił. „To co, Rinat, po sto gram?” „Kanieszna, a ty, Młody, kieruj!” – śmiejemy się z Rustema za kółkiem, a ten wciska gaz i śpiewa na całe gardło jakąś ichnią piosenkę, bo radio straciło wszystkie zasięgi, a jak starszyzna pije, to ma być wesoło!

I tak nam ta podróż minęła właśnie. Lekko po południu meldujemy się na recepcji hotelu w Tarazie, odsuwam zasłony w pokoju, nim wejdę pod prysznic, wyglądam, a tu one – sasulki po półtora metra! Kto za dzieciaka lizał odłamane sople zimą, łatwo załapie, że w Ruskim Świecie sopla się nie liże, sopel się ssie – stąd właśnie sasulka.

A potem to był już normalny, roboczy dzień: odświeżony prysznicem odpisuję na e‑maile, WhatsAppy, dzwonię do kogo należy, przygotowałem również prezentację na jutro, dla Klienta, potem jeszcze regeneracyjna drzemka przy zaciągniętych zasłonach, zaciemniających zupełnie, obowiązkowym wposażeniu pokoju w każdym hotelu w Centralnej Azji – dla strudzonego wędrowca z innej strefy czasowej to wszystko tak przygotowane! Budzik zadzwonił o 18:45, na siódmą umówiłem się z Towarzyszami na kolację, więc szoruję szybko zęby i schodzę na dół do hotelowej restauracji, dosiadam się do Kazachów oczekujących już z kolejną karafką miejscowej wódki a nawet z trzema lufami już polanymi! Jak to polane, co Wy nie wiecie w tym Kazachstanie, że dla Polaka nic gorszego nie ma na świecie? Że od zimnych kobiet i ciepłej wódki chroń nas Święta Boża Rodzicielko? Generalnie do 21:30 było już po wszystkim, na wesoło położyłem się najedzony spać i smacznie, zapewne chrapiąc, przespałem do kolejnego alarmu budzika, I oto proszę, 7:30 lokalnego czasu, mamy poranek 23 stycznia 2024. O ósmej, na śniadaniu przed wyjazdem, spotykam tę samą niezawodną ekipę – świeżą, wygoloną, gotową do akcji, ale miny nietęgie.

„A wy co, może po 100 gram?” – pytam.

„Ojojoj, Mirosław, słabo spałem, wczoraj w nocy obudził mnie telefon od żony. Mówiła, że w Ałmatach zatrzęsła się ziemia, ale silniej niż kiedykolwiek. To niby nic nadzwyczajnego, kazałem jej zabrać całą piątkę dzieci, wyjść do windy, poczekać, aż przestanie trząść, i spokojnie zjechać z naszego piętnastego piętra, tak jak było ćwiczone zawsze. Z dziećmi ją sąsiedzi przepuścili pierwszą, torba zawsze spakowana leży w kącie…”

„Ale jak, windą?! Z dziećmi? W trakcie trzęsienia ziemi? Przecież zawsze, czy to pożar, czy inny stan awaryjny, drogi ewakuacyjne prowadzą na klatkę schodową, a windy się wyłącza!” – niepokoję się, bo mój hotel na jutrzejszą noc, Holiday Inn w Górnych Ałmatach, ma z 20 pięter, a ja apartament de luxe z widokiem na góry na przedostatnim piętrze sobie zabukowałem! Zawsze te najlepsze są na ostatnich piętrach, tu w Tarazie też mam poddasze.

„Nie, nie, Mirosław, na schodach jest niebezpiecznie. Bloki mieszkalne są tak zaprojektowane, że klatki schodowe odpadają jako pierwsze w trakcie dużych wstrząsów, mają za zadanie absorbować energię wstrząsów jak zderzaki w samochodach. Trzeba poczekać, aż się wszystko uspokoi, i wtedy, po kolei, rodzina za rodziną, zjeżdżać windą w dół i czekać na otwartej przestrzeni! Problem w tym, że – jak opowiadała Małżonka – tym razem było inaczej niż zwykle: zamiast jednego silnego wstrząsu i paru słabszych kolejnych, magnituda z każdym wstrząsem rosła, a najsilniejszy był ostatni. Zresztą w wiadomościach podali, że sejsmograf pokazał ponad 7 w skali Richtera, ale w Ałmatach nie było żadnych wielkich zniszczeń ani innych ofiar niż nieliczne ofiary paniki – za to wstrząsy były odczuwalne aż w Astanie, Tarazie i połowie Sinciangu po chińskiej stronie Ujgurii…”

Nie mogę tego słuchać, a i tak zaraz trzeba wyjeżdżać, bo przed nocą mamy być znowu w Ałmatach. Wypijam zieloną liściastą herbatę, przegryzając baursaki z kajmakiem, i lecę pakować kosmetyki do walizki. „Za 10 minut na dole, tak?” – szybkim krokiem idę, kurde, co to będzie, co to będzie, trzy dni czekania na samolot w miejscu, gdzie na pewno będą zaraz afterszoki? Polecę? Zmienić rezerwację hotelu? Tak dużo pytań, tak mało odpowiedzi, ale już dziś wieczorem odpowiem sobie na każde z nich.

Otwieram kluczem drzwi mojego pokoju, gaszę światło, które zostawiłem zapalone, wychodząc na śniadanie w pośpiechu, na lekkim kacu, i zapada zupełna ciemność. Podchodzę więc do okna, rozsuwam kotary, żeby wpuścić jak najwięcej dziennego światła, i wyglądam za szybę.

Wszystkie sople zniknęły.

Dodaj komentarz