Kiedy pierwszy raz usłyszałem termin „mała ojczyzna”, pewnie gdzieś w latach 90., kiedy jeszcze oglądałem telewizję dla rozrywki, decentralizacja i reformy samorządowe trwały w najlepsze, a lokalne marki i produkty to samemu robione ze świniaka jadłem, jak prawie każdy w okolicy. Wtedy to chyba nawet warszawiaki na Mazurach nie kupowali szyneczki „Od Miejscowego Rolnika” z masarni o powierzchni hali zakładu produkcyjnego, tylko szli na ryby i skrobali, co wpadło, albo brali normalnie ze sklepu, co było – przynajmniej przez weterynarza było przebadane.
Cały ten hajp na „nasze”, lokalne i późniejszy rozwój certyfikatów pochodzenia – „Stąd”, „Od Nas”, „tam, gdzie nasz ród z dumą od stuleci wyrabia najznamienitsze sery, wina, dżemy, wódki” czy cokolwiek innego nadającego się na Lokalną Markę – jest po prostu bezkrytycznie zaimplementowanym, przeszczepionym z Zachodu modelem biznesowym, sformatowaniem i zaszeregowaniem, zapewnieniem jakości i takich tam. Słusznym czy nie dla bezpieczeństwa żywnościowego kraju i ogólnie społecznie – to też temat, który mógłbym eksplorować, aż edytorowi tekstu liter zabraknie – ale dla mnie, nastolatka wtedy i dla dorosłego (już?) mężczyzny dziś, nie tak sprawa wygląda.
Polska nigdy nie była dla mnie „małą ojczyzną” w tym rozumieniu lokalności. Ona była zawsze od morza do Tatr, od Bugu do Odry i Nysy Łużyckiej. Sudety, Karpaty i to w środku – wszystko, co nasze, ale też nie wiadomo do końca co. To, co było wiadomo wtedy i co było widać tudzież słychać, uprawnia mnie do różnych konkluzji i różnie mogło się skończyć. I to nie tak, że od razu pedagogika wstydu, przemysł pogardy i ojkofobia się załącza, bo tak właśnie wyłazi zatrucie języka PiS-em, którego mam zamiar unikać, więc muszę wspomnieć o tym na początku. Tego też kiedyś nie było, a już dziś wiem, że na pewno zostanie z wami na kolejne wieki istnienia języka polskiego. Nie musisz nawet mnie czytać, żeby to poczuć za 50 lat – nie chcę cię straszyć, zobaczysz. I choć sam mam zamiar tego unikać, to trzeba mierzyć siły na zamiary; nie raz się przeliczyłem, jeśli chodzi o swoje możliwości, więc jak poszło, to się jeszcze okaże.
Ale nie, Polska to Polska, moja Polska, o której jeszcze kiedyś poczytasz. Natomiast tego, o czym będzie dalej mowa, w żaden sposób nie da się określić mianem Mojej Małej Ojczyzny, a już na pewno nie Mojej Ojczyzny ani nawet Mojej Małej. Nie. Utracony raj dzieciństwa? Chyba tylko w mojej głowie – świadków brak, a objawy na to nie wskazują, choć gdy się tak nad tym głębiej zastanowić, to już wtedy szczęścia miałem sporo. Ostatecznie przecież właśnie czytasz to, co napisałem, a to już coś, nie uważasz?
Zapraszam do mojej krainy: Polski od czterdziestego piątego do wieczności, od zawsze do czterdziestego piątego, gdzie niemieckie, polskie, francuskie, ruskie i rosyjskie, litewskie i pruskie ciała obróciły się w proch w glebie lub rozdziobały je kruki i wrony chwilę po wyssaniu z nich dusz przez semickie, słowiańskie, germańskie i celtyckie bogi, bożki, boginie i boginki, zanim te same zdechły. Gdzie wszystkie drzewa otuliny Puszczy Piskiej zostały posadzone polską ręką na nieużytkach rolnych w ramach gospodarki leśnej; ponownie zamaskowały bunkry, fortyfikacje i ruiny wszystkich ofensyw i odwrotów, ruchów frontów i granic wymazujących całe wieki rozwoju kultur wzdłuż szlaków handlowych i lokalnego dziedzictwa, zbudowanego na krwi i krzywdzie poprzedników – którzy oczywiście zawsze sami sobie byli winni – oraz kochanych polskich bocianach przynoszących dzieciątka kolejnym zgwałconym przez najeźdźcę czy wyzwoliciela kobietom, naszym czy pokonanym – to przecież wszystko jedno.
Opuszczone mogiły nieznanego żołnierza poległego w niewiadomo czyjej wojnie, w lasach tysiące kilometrów od swojej, pożal się Boże, małej ojczyzny. Niewybuchy i niewypały, rowy i żelbetowe ruiny z wystającymi żebrowanymi prętami zbrojenia fi 10. Wioski na różnych planach zakładane w miejsce lasów wyrąbanych w średniowieczu z nadania komtura zasłużonym Krzyżakom i pegeerowskie bloki przy poniemieckich chlewniach i oborach rozbudowanych za komuny. Przyroda okiełznywana i dominująca, życie i śmierć, mróz i upał, wódka i jabole, las i woda. Otwarte niebo. Wiatr.
Tego tak do końca nie rozumiałem dorastając – że tyle w tym Polski, ile w ludziach wokoło. Ale wyłazi to ostatecznie z człowieka jak PTSD i inne takie XXI-wieczne wynalazki psychopatologów typu DDA. Nie, nie, ten szwedzki stołeczny syndrom to też nie do końca to. Ludzie żyjący tu na miejscu od dwóch-trzech pokoleń są rzeczywiście u siebie, niezależnie, w którym roku i z jakich powodów ich dziadkowie i pradziadkowie przyjechali tu w poszukiwaniu stabilności i prostego życia, i czy je znaleźli. Życiem i pracą by się zajęli, a nie czytaniem czy tam pisaniem książek. To, co wyłazi z człowieka, który pracą się zająć nie umie, to oderwanie – i nie jest to oderwanie od rzeczywistości, tylko jej oderwanie. Niby skrajny realizm, a jednak magiczny. Gdy wracasz do krainy dzieciństwa, ale nie rozumiesz, czego tam szukasz, to na 100% się rozczarujesz. Gdy wiesz, czego szukasz, to może i to znajdziesz. Ale gdy szukasz rozczarowania celowo, bo wiesz, co będzie dalej i dalej – wyłazi z ciebie Polska.
Praca czyni wolnym, a książki na stos – to się zawsze sprawdzało tu i tam też się sprawdza do dziś, tam hen, za granicą, passatem z tym dużym bakiem na paliwo to max 2-3 godziny drogi stąd. Wielkie Jeziora, żagle, te wszystkie wasze kolonie, wycieczki szkolne, biwaki, wczasy w zakładowych ośrodkach wczasowych, spływy kajakowe czy rejsy jachtami i białe szkwały – to nie ten świat. Tu się z jeziora czerpie wodę do cysterny dla krów i koni, co się pasą na polu; idzie się popływać, żeby się umyć po całym dniu w kabinie traktora albo kombajnu latem, o chłodzie, po dojeniu krów czy tam przed – zależy. Letnią nocą nagrzany asfalt na drodze o ostatniej kolejności odśnieżania zamienia się w ekskluzywny punkt widokowy z widokiem na samo jądro Drogi Mlecznej. Oczywiście nie możesz się zagapić i nasłuchuj uważnie, bo jeżdżą po pijaku, po ciemku, chłopaki od dziewczyn na motorach, żeby ich nikt nie widział i oni też nikogo.
Grzyby i jagody z lasu, trzy dekady przed 500+, niejednej wielodzietnej rodzinie alkoholików dawały zabalować latem i przeżyć zimą. W ogóle, gdzie nie pójdziesz, widać pofałdowane pola ograniczające horyzont, a za nimi zawsze las. Przejazd przez większe równiny do dziś powoduje u mnie niepokój, czy to Żuławy Gdańskie, czy azjatycki step, choć może z perspektywy Mazowsza i Kurpiów wydają się one tak narodowo polskie jak wierzba płaczka nad rowem melioracyjnym pełnym gnojówki u Chopina. Kłusowanie na jeziorach, rozkradanie państwowego i pędzenie bimbru jest jak rodzinne zobowiązanie – tylko nim wypłyniesz na połów z elektrodami na jezioro łódką kuzyna w nocy, pamiętaj, żeby owinąć dulki wioseł szmatą. Gdyby zaczęły skrzypieć, to ten dźwięk niesie się po wodzie daleko, więc Straż Leśna czy inni tam konfidenci cię złapią i zapłacisz.
Pola wszystkich bitew tego świata w okolicy zawsze te same, najczęściej o staropolskich nazwach typu Grunwald, Tannenberg itd. Kult Matki Boskiej w co trzecim miasteczku – tu się ukazała pastuszkom, tam pobłogosławiła źródełko, tu wskazała swoim matkoboskim paluszkiem Hitlerowi najlepsze miejsce na szaniec i nawet kamienie mu rzucała, Niebieska Pani! Miasteczka z odrestaurowanymi ruinami zamków Zakonu Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie i wieżami ewangelickich kościołów przerobionych na Nasze Polskie Katolickie. Każde różne od siebie, chociaż budynki z pruskiej cegły podobne, ale to chyba tylko przez ten kolor ceglasty, z nazwami wziętymi z nazwisk polskich działaczy lokalnych, jak Mrongowiusz czy Kętrzyński, ulicami imienia nieznanych gdzie indziej w kraju zbytnio, a wielkich przecież w swojej skali Leyka i Lanca, place Juranda, uśmiechy Danusi i pośladki Jagienki ze Zgorzelic. Nie siedziały po wsiach baby na majowym pod kapliczką i nie zawodziły religijnych pieśni jak dziś, bo wtedy były młode, zdrowe, napalone – popić i potańcować po robocie przy krowach czy fabrykach wolały. Dzieci Mazurów, którzy nie zostawili tego w cholerę po wojnie, zostawiły to w cholerę w latach 70., wzięły niemiecki paszport i wyjechały jak stały, a ten burdel popeerelowski niby przejął nieruchomości przez księgi wieczyste, ale tak, że teraz, po latach, trzeba prawowitemu, niemieckiemu już właścicielowi to z żalem oddać i to w takim dobrym stanie. Piąta i szósta klasa ziemi najlepiej rodzi tu sosny i świerki, ale przez piach woda przesiąka i zatrzymuje się na glinie – kolejnej warstwie gleby z dwóch dostępnych. W dołkach tworzy stawki, bagienka i oczka przechodzące w małe moczary; torf jak przy jeziorach, wreszcie czarnoziem – jak oazy żyzności między piachem, żwirem i tą cholerną gliną.
Tę ziemię możesz orać, kultywatorować, bronować, a i tak zawsze wylezą ci na wierzch kamienie jak pięść i większe, które trzeba ręcznie pozbierać i poukładać na pryzmę przy drodze – inaczej potem uszkodzisz siewnik, lemiesz, połamiesz na nich zęby. Co 10 lat na wierzch wychodzi kolejny wielki głaz, do wykopania w konia, ciągnikiem, koparką wyciągany na miedzę. Wszystkie drogi, nie zapominajmy, prowadzą do Mrągowa, „do Mrągowa nad jezioro Czos” – śpiewa Korneliusz Pacuda.
Chcesz trochę rogów jelenich? To po rykowisku za górką pozbieraj, gdy parzystokopytne skończą się bóść i hałasować nad ranem. Potrącisz starem czy innym jelczem na krętej leśnej drodze koziołka? Urżnij mu łeb i wsadź w mrowisko – wyjmiesz oczyszczony wieniec do przybicia na deskę i powieszenia w salonie. Musisz poczuć dreszczyk emocji? Idź nocą na szaber na wiśnie i ulegałki albo papierówki do sąsiada, chociaż te rosną zdziczałe przy drogach i opuszczonych siedliskach pod lasem. Kiś kapustę i kopcuj kartofle, owoce i warzywa zalewaj i pakuj w słoiki i całe lato kombinuj drewno na opał, z asygnatą czy na lewo – zimą bywa minus trzydzieści i opady śniegu odcinają was na tydzień-dwa. Choć teraz mamy lato, tu i teraz, drugiej szansy, by się przygotować w tym roku, nie będzie.
Ogłuszonej obuchem siekiery świni wbij bagnet prosto w serce, pod pachwinę, dociśnij do betonowej podłogi całym ciężarem swojego ciała i pompuj jej lewą przednią nogą, ile możesz, by cała krew jak najszybciej wypłynęła do podstawionego kastrolka – rąbanka i kaszanka już czekają, smażona cebulka pachnie pięknie. Wkurwił cię twój własny pies po pijaku? Wyrąb w jeziorze przerębel, przywiąż synowi suki ciężki kawał złomu do szyi i… Wsi spokojna, wsi wesoła. I moja własna Polsko, ty… z dzieciństwa.

Dodaj komentarz