Nazywam się Mirosław i nie zawaham sie tego użyć…

Nasza chata z kraja

Patrzyłem od dziecka, przez wszystkie cztery pory każdego roku, przez okno domu rodzinnego na widoczne dobrze na horyzoncie radiowe maszty wystające sponad lasu ogrodzonego dwoma rzędami płotu, pilnowanego przez wojsko z wieżyczek strażniczych usytuowanych na rogach. Słuchałem podczas wiosennych bezsennych nocy pojedynczych wystrzałów z broni ręcznej lub serii z automatu, niesionych licho przez leśne echo, żeby się po latach dowiedzieć, że jest to Tajna Szkoła Agentów Polskiego Wywiadu.

Wszyscy w okolicy, jak się okazało, dobrze o tym wiedzieli – jak o tajnej kwaterze Gestapo w „Allo Allo” – ale zapomnieli mi powiedzieć, bo Wojsko Polskie nastraszyło dorosłych miejscowych mocno i to nie raz. Dzieciom więc nikt głowy tym nie zawracał: jednostka wojskowa jakich wokół dużo, po co drążyć. Stary dopiero w XXI wieku się przyznał, że w dziewięćdziesiątych jeździł tam z rejonu na zlecenie linie energetyczne na słupach przekładać.

Dlatego pewnie „Nasza Jednostka” była w komplecie z powtarzanymi szeptem na korytarzach okolicznych wiejskich szkół legendami o starej niemieckiej bazie badawczej przejętej przez Armię Czerwoną; o schodach prowadzących w głąb jeziora położonego na jej terenie, prowadzącego do wybudowanego przez Niemców i nazistów w jednym podwodnego schronu – aż lata później ciotka żyjąca tam do dziś powiedziała mi, że pamięta, jak w dzieciństwie, w latach 50. czy 60., to było zwykłe, czyste jezioro w sąsiedniej wsi, zero betonu, połączone strugą z naszym. Że jeździła tam z koleżankami z klasy na kąpielisko, nim wojsko to miejsce zajęło – i mit prysł.

Zanim w ogóle w mojej głowie powstała myśl, by się zmierzyć z takimi oto przekonaniami o stałości wszechrzeczy, tego fundamentu samoświadomości, historia Polski i świata – niczym rakiety balistyczne dalekiego zasięgu niosące wolność, pokój, prawa człowieka i demokrację – uderzyła tam tak, że z mojej idealistycznej naiwności co do wartości kręgu kulturowego, do którego Polska, wychowując mnie, deklarowała, że aspiruje, zostały gruzy.

Jeśli chodzi o mnie, to nie powiem, odrobiłem tę lekcję należycie. Na wewnętrznej emigracji, od kwiatka w lufie przez darwinizm, przeszedłem do Kanta – to taki znany Rusek, bo z pobliskiego Kaliningradu. Zresztą, Rusek czy Niemiec – wszystko jedno, bo może i wróg, ale swój, nasz, z nimi wiadomo, co trzeba będzie kiedyś zrobić. Gorzej z talibami.

No więc wyobraź sobie teraz te wszystkie wiejskie baby 60+, oglądające w wiadomościach między obiadami, serialami i robotą na gospodarce kolejne od 1991 roku amerykańskie wojny, już w kolorze, na żywo, plus fajne reklamy amerykańskich produktów. Ze zgrozą albo obojętnością obserwowały rzeź i bombardowania w Jugosławii, zamachy Al-Kaidy na Zachodzie, bojowników i fundamentalistów islamskich w Iraku czy Afganistanie – wyszkolonych i uzbrojonych lata wcześniej przez Amerykanów na ich własną zgubę, w wojnach o pokój i ropę nieopodal morza, co się zakończy kiedyś Apokalipsą. Może nawet i popierały, mamione własną prowincją na polach naftowych i offsetem od Sojusznika, nie protestując przeciwko wysłaniu naszych chłopców tu i tam, żeby ginęli, trzymając się na jankeskich tyłach – a jednocześnie ciesząc się, że nasza chata z kraja otuliny Puszczy Piskiej, talibów i Allaha u nas nie ma. U nas to kobity już dawno robią, co chcą, aż czasem za dużo, nic im nie brak, właściwie to rządzą tu i amen. U nas dobrze i obcych nie chcemy, terrorystów Arabów!

Wyobraź więc sobie teraz je, patrzące na te maszty, i mnie, jak je sobie przypominam z dzieciństwa, gdyśmy razem i z osobna w 201X roku zobaczyli to:

Dodaj komentarz